Dziwna to rzecz. oj dziwna. Siedzę sobie w tym szarym Dublinie i patrzę z zazdrością na ludzi cieszących się z jazdy na motorku przez cały rok. Po prostu zżera mnie zazdrość, bo moja maszynka została w domku, w garażu u kuzyna. Więc po 4 miesiącach emigracji nie dziwcie mi się, że zaraz po wylądowaniu w Poznaniu i przyjeździe do domu - udałem się po Fredzię. A to wszystko pod koniec stycznia, zimno i mokro. Jakaż była moja radość z tej wieczornej przejażdżki. Jakbym się witał z dawno nie odwiedzaną ulubioną prostytutką. (żarcik) Zajeżdżałem sprzęta aż miło, nawet nie przeszkadzały mi zmarznięte ręce. Następnego dnia spadł śnieg, odstawiłem go, zaspokoiwszy chuć. Wieczorem miałem imprezkę, więc z jazdy niestety nici. Ale rano nie wytrzymałem i musiałem pośmigać. Wyjazd z garażu nie stanowił problemu, lecz jazda po śniegu to zupełnie inna bajka. To było dla mnie coś nowego. Ale jaka radocha! Niczym na 180 kilogramowych saneczkach. Dupa szalała na boki aż miło, nogi trzymałem szeroko rozstawione, bo inaczej gleba murowana. Lekkie dotkniecie hamulca i uślizg koła. 5% przyczepności, he he he. Mówcie, że to głupota, nieodpowiedzialność, że mogłem uszkodzić sprzęta. Ale wiecie co... tak bywa jak ma się "chcicę". To było po prostu silniejsze ode mnie.
Wróciłem dalej zapieprzać na zmywaku. Ale wspomnienia pozostaną mi do końca życia.

